Film: USA ratuje ludzkość, czyli o Kapitanie Ameryce słów kilka

Udało mi się w końcu wczoraj dotrzeć do kina na film, na który już szykowałam się od dłuższego czasu i pomyślałam, że podzielę się z wami wrażeniami. 

Głównym bohaterem w tym filmie jest przeciętny chłopak, który postanawia zaciągnąć się do wojska, aby pomóc bronić swój kraj.  Nie cieszy się on jednak zbyt mocnym zdrowiem, dlatego zostaje odrzucony z naboru. Na jego szczęście spotyka na swej drodze naukowca, który proponuje mu udział w pewnym eksperymencie. Steve, gdyż tak ma na imię nasze chucherko, jest człowiekiem o dobrym charakterze. Ma swój system wartości i jest gotów poświęcić życie, aby ratować innych, dlatego to on właśnie zostaje wybrany, aby zrobić z niego pierwszego super człowieka. Poprzez terapię farmakologiczną oraz naświetlania promieniami „Vita” zwiększa mu się siła, szybkość, wytrzymałość, a także nasilają się jego dotychczasowe cechy charakteru. Okazuje się jednak, że nie jest on pierwszym tworem tak powstałym. Przed nim był jeszcze pewien nazistowski oficer, który bardzo pragnął władzy i siły i już wcześniej dotarł do tego samego naukowca. W jego przypadku serum wzmocniło w nim same negatywne cechy no i pozbawiło go ludzkiej powierzchowności ;)

Jak się pewnie domyślacie główna walka toczy się między Kapitanem Ameryką(który do swojej roli dojrzewa dopiero po pewnym czasie i po jak sam powiedział „200 nokautach Hitlera”) a Red Skullem, gdyż tak nasz nazista zostaje nazwany.

Dobra a teraz coś ode mnie. Spodziewałam się po tym filmie trochę więcej.

Uwielbiam ekranizacje komiksów DC oraz Marvela. Iron Man czy X-Men: Wolverine zaliczam do moich zdecydowanie ulubionych filmów. W tej ekranizacji znalazłam jednak bardzo mało elementów, które mi się BARDZO podobały i trochę takich które mi się w ogóle podobały. Kapitan Ameryka został nakręcony na podstawie komiksu stworzonego przez Marvel Comics w trakcie Drugiej Wojny Światowej i tak przede wszystkim ten film odbieram. Jako ekranizację komiksu agitującego. Dużo patetycznych tekstów, scen w których pokazana jest zaradność i siła amerykanów. Tak, tak wszyscy wiemy, że do USA zawsze wygrywają i chronią świat przed złem. Wszystkie te elementy są przedstawione dość hmmm po angielsku powiedziałabym „cheesy” i mimo całkiem niezłych efektów no nie przemówiły do mnie i tyle. 

Co jednak muszę pochwalić to aktorów. Podobala mi się ich gra. Red Skull grany przez Hugo Weavinga (“Mister Anderson surprise to see me?” ;))  był naprawdę realistyczny i szalony, czyli tak jak powinno być. Doktor Abraham Erskine w którego rolę wcielił się StanleyTucci z kolei urzekł mnie swoim niemieckim akcentem, ponieważ zawsze razi mnie, gdy w filmach amerykańscy aktorzy grają Niemców i nie potrafią się przyłożyć do wymowy. Ogromny plus dla niego!

No i najważniejsze na koniec. Chris Evans. Uwielbiam go. Widziałam go w „Fantastycznej czwórce”, „Scott Pilgrim vs. The World” oraz „Push” i odniosłam wrażenie, że w „Kapitanie Ameryce” jego gra była najlepsza. No i ciało, które zdecydowanie było małą rekompensatą za sceny na zasadzie jestem-superbohaterem-patrzcie-jak-skacze-i-rzucam-swoją-awesome-tarczą. 

Generalnie oceniłabym ten film na 6,5/10. Nie są to stracone pieniądze, gdyż jak już mówiłam lubię ekranizacje komiksów (czekam z niecierpliwością na nowego Batmana). Ten film nie należy do najgorszych, więc możecie go obejrzeć ale nie spodziewajcie się zbyt wiele.


Share this:

, , , , ,

Komentarze