Recenzja: Nowa wersja starej baśni

Pamiętam, że będąc dzieckiem wielokrotnie czytałam baśnie Hansa Christiana Andersena w tym, także historię o „Dzikich łabędziach”. Opowiadała ona o 11 księciach zaklętych przez złą macochę w łabędzie i o siostrze, która, aby odwrócić czar, musiała upleść z pokrzyw magiczne koszule dla swych braci. Nie była to może moja ulubiona opowieść, lecz na tyle sugestywna, że mimo upływu lat dalej jestem w stanie ją sobie dość szczegółowo przypomnieć. Pisarka Zoe Marriott zdecydowała się nie poprzestawać jedynie na wspominaniu historii czytanej za młodu i napisała inspirowaną nią powieść.

Mamy więc królewskie dzieci (sztuk 4, czyli 3 braci i 1 siostra), króla (niezbyt mądrego i dodatkowo ogromnie upartego oraz wyniosłego), dobrą królową matkę(wiedźmę, która szybko umiera) oraz złą królową macochę (władającą czarną magią). Księżniczka jako jedyna z rodzeństwa od najmłodszych lat pobiera nauki u swej ukochanej rodzicielki, gdyż tak jak i ona, posiada umiejętność władania magią przy pomocy energii z eneidy (swoistego strumienia energetycznego ziemi). To właśnie w trakcie jednej z wypraw, mających na celu czarodziejską edukację Aleksandry ( tak dziewczyna ma na imię) zostaje zamordowana dobra królowa. Od tej chwili zaczyna się właściwa opowieść, która momentami w większy lub mniejszy sposób bazuje na Andersenie.

Kto zna „Dzikie łabędzie”, ten zna główny wątek „Królestwa łabędzi”. Bracia zostają zaczarowani, księżniczka wygnana, a królestwem zaczyna rządzić zła wiedźma. Autorka postarała się jednak na tyle przerobić przeznaczoną dla najmłodszych historię, aby stała się ona również atrakcyjna dla trochę starszych czytelniczek. Wplotła niewielki romans, dodała elementy większej intrygi oraz pradawną magię i związane z nią miejsca, a także ludzi. Nie powiem, żeby było to wyjątkowe czy nowatorskie, ot takie odświeżenie czegoś, co już było i sporo z nas zna. Faktycznie historia jest (zgodnie z napisami na okładce) „przesycona magią (…), nawiązująca do pięknych baśni Andersena”, jednak nic poza tym.

Główna bohaterka nie przekonała mnie do siebie, gdyż jak na księżniczkę przystało przez długi czas oczekiwała, że ktoś ją uratuje, zamiast wziąć sprawę w swoje ręce. Długo bez sprzeciwu podporządkowywała się także decyzjom różnych osób, chociaż zdawała sobie sprawę z ich niesprawiedliwości. Mimo iż była świadoma zła, które rozpanoszyło się w jej rodzinnych stronach, długo je ignorowała, gdyż przyzwyczaiła się do wygodnego życia i braku obowiązków. Także jej bracia, czyli książęta nie mieli zbyt barwnych charakterów, prawdopodobnie dlatego, że prawie cały czas w tej historii występowali pod postacią ptaków. Latali po niebie nic więcej od siebie nie wnosząc, poza kilkoma lakonicznymi zdaniami w momencie, gdy ich siostrze zagrażało niebezpieczeństwo. Nawet czarny charakter nie wykorzystał w tej bajce potencjału związanego ze swoją funckcją i egzystował sobie, bo musiał, zamiast wywoływać strach i przysparzać cierpienia. Sporo możliwości widziałam w osobie siostry dobrej królowej, do której trafiła Aleksandra, ale niestety autorka nie rozwinęła tego wątku. No cóż,…. szkoda.

Na plus w tym wydaniu zasługuje jednak piękna, przyciągająca wzrok obwoluta książki. Chociaż gdyby łączyła się ona z równie cudowną treścią, byłabym bardziej zadowolona, a tymczasem mogę jedynie dostarczyć swoim oczom doznań estetycznych, patrząc na okładkę bez zaglądania co się kryje pod nią.

„Królestwo łabędzi” nie jest słabą lekturą, a raczej powieścią z niewykorzystanymi ścieżkami rozwoju. Będąc na miejscu pisarki kilka z wątków rozwinęłabym w kolejnym tomie, może również inspirowanym jakąś inną baśnią. Czytało się tę książkę szybko i lekko, chociaż bez wypieków na policzkach i gęsiej skórki na rękach. Podejrzewam, że młodszym czytelnikom się spodoba, jednak starszym raczej bym jej nie polecała.

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję:
tytuł: Królestwo łabędzi
autor: Zoe Marriott
wydawnictwo: Literacki Egmont
ilość stron:

Share this:

, , ,

Komentarze

11 komentarzy:

  1. Jak chciałaś mieć gęsią skórkę, skoro czytałaś o łabędziach?:P Świetną trawestację baśni Andersena zrobił Sapkowski w jednym z wiedźmińskich opowiadań, jak zresztą kilu innych ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sapkowski wymiata tymi swoimi połączeniami. Najbardziej chyba mi się jego wersja Alicji podobała w zbiorku "11 apostołów grozy" :D

      Usuń
  2. A ja i tak bym chciała przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, przeczytaj! I koniecznie daj znać czy Ci się podobała :)

      Usuń
  3. Nie jest ona bez wad ale mi się podobała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale sama widziałaś, że główna bohaterka wybitna nie była ;)? Czy może się mylę?

      Usuń
  4. Kurcze, kiedy zaczęłaś opowiadać o książce, wspomniałaś powiązanie z baśnią Andersena, nabrałam wielkiej ochoty na taką baśń dla trochę starszych (dzieci) ;) Szkoda, że nie wszystko jest tak jak powinno być, że może być zbyt słaba dla dorosłych, ale myślę, że pomysł na prawdę ciekawy ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, a po twojej recenzji to chyba zaraz wybiorę się do księgarni :) Uwielbiam powieści wzorowane na baśniach, zauważyłam, że jest takich coraz więcej, co mnie niezmiernie cieszy. A Andersena uwielbiałam i uwielbiam nadal. Muszę przeczytać tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dużo dobrego się o niej naczytałam i mam ochotę przeczytać, niewykorzystany potencjał mnie trochę przeraża, ale zobaczymy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Okładka rzeczywiście magiczna i jest to w zasadzie jedyny element, dzięki któremu zwróciłam uwagę na tę pozycję. Bo opis, jak i cała reszta widzę, już tak bardzo nie powala na kolana.

    OdpowiedzUsuń

Zostaw po sobie ślad, a na pewno go przeczytam! :)

Jeżeli chcesz skomentować, pamiętaj o zachowaniu zasad kultury. Odpowiedzi z wulgaryzmami itp. będę usuwała.