Pyrkon 2014

Pyrkon, Pyrkon i po Pyrkonie.
Konwent opuściłam z dość paskudną chorobą, dlatego piszę o nim dopiero teraz. 
Podejrzewam, że mimo lekkiego ozdrowienia i tak będzie chaotycznie, więc z góry proszę o wybaczenie ;)

Temat Pyrkonu 2014 pojawił się w moim życiu w grudniu, a dokładniej w dniu, w którym zaproponowałam grupie znajomych, żeby w trakcie imprezy spali właśnie u mnie. Od tego momentu do terminu konwentu przez moją głowę przewinęło się miliard pomysłów za co mogłabym się przebrać, na co pójść, z kim się umówić i jaką atrakcję zgłosić, gdy już w końcu nadejdzie ten wyczekiwany moment. Ostatecznie nie przebrałam się jednak za nic, a punkty, które poprowadziłam zostały mi zaproponowane. No, cóż takie życie ;D

W tym roku organizatorzy podjęli moim skromnym zdaniem genialną decyzję związaną ze zmianą sposobu akredytacji. Nie dość, że można było kupić bilet już dzień przed Pyrkonem, to dodatkowo nie trzeba było robić tego osobiście. Oczywiście skorzystałam z tej możliwości, jednak gdyby mi się nie udało nie miałabym powodu do rozpaczy. Z tego bowiem, co widziałam w pierwszy dzień konwentu kolejki zostały znacząco zredukowane i wszystko szło autentycznie sprawnie. 

Piątek był dla mnie dniem rywalizacji. Uwielbiam brać udział w konkursach na konwentach, gdyż mam wtedy poczucie, że zwróciła mi się wejściówka (jako twórca programu wchodziłam w tym roku za free, jednak nie mogłam się oprzeć standardowo odwiedzanym przeze mnie od kilku lat potyczkom ;)). I tak wraz z moją siostrą zaliczyłyśmy 2 albo 3 konkursy UltraStar (karaoke) oraz Retrowiedzówkę z anime.
Wygraną konwentową walutę- Pyrfunty wymieniłyśmy na nagrody, które obejrzeć możecie na końcu notki. 
Browncoats of Poland
W piątek pojawiłam się
również na prelekcji prowadzonej przez Kubę Ćwieka odnośnie Browncoats of Poland, do których należę (uwielbiam tych ludzi i ich inicjatywy!). Obskoczyłam w ten dzień również wszystkie stoiska (co w kolejnych dwóch  zrobiłam jeszcze milion razy) oraz wzbogaciłam się o nową powieść Olgi Gromyko Wierni wrogowie. W tłumie spotkałam wtedy także Sophie z ekipy upadli.pl, którą uwielbiam za bycie równie dziką fanką Sherlocka, jak ja :D Nie udało mi się niestety dotrzeć na prelekcję Martyny Raduchowskiej, ale za to podróż do domu urozmaicały mi swoimi komicznymi historiami Margot i Yśka (które to u mnie spały). Całusy dla nich :*


hihihi
Sobotę rozpoczęłam przesuniętym konkursem UltraStar i śniadaniem z dziewczynami. W ogóle konkursy karaoke na konwentach mają to do siebie, że absolutnie zawsze albo mają opóźnienie, albo nie odbywają się wcale, albo w trakcie psują się mikrofony etc. W tym roku zdarzyły się akurat wszystkie te trzy rzeczy (jakaś katastrofa totalna!) plus dodatkowo nie było zapowiadanych w informatorze zapisów na poszczególne podkonkursy. Niby nic takiego, ale przez te ciągłe przesunięcia w czasie zawsze w efekcie coś mi ze sobą kolidowało, a przez tłumy, które pojawiły się na Pyrkonie i tak miałam mocno ograniczoną szansę, że dobije się do którejkolwiek z atrakcji. 
Zirytowane karaoke, niewyspane ale chociaż posilone próbowałyśmy się dobić na prelekcję o Kobiecie fantastycznej- nie udało się. Poszwendałyśmy się więc bez celu po stoiskach, pogadałyśmy i zrobiłyśmy kilka zdjęć. Na 12.30 zaplanowałam, że pójdę po autograf Olgi Gromyko, dlatego zapobiegawczo udałam się w tamtą stronę szybciej. Pomysł był, jak się okazało, genialny. Kolejka już się bowiem zaczęła formować, a ludzi pragnących wepchnąć się w nią na krzywą twarz przybywało z minuty na minutę coraz więcej (pan tu nie stał!). Na szczęście udało mi się zdobyć upragniony podpis (dla mnie i dla Zabookowanego) bez walki na pięści (ani na gołe klaty- co akurat mogłoby być dość ciekawe).
Następny w planie był panel pt. Fantasypolis prowadzony przez Katarzynę Czajkę/ Zwierza Popkulturalnego, w którym brała udział Aneta Jadowska, Martyna Raduchowska i Anna Kańtoch. Nie da się go inaczej podsumować jak: BARDZO interesujący. Uwielbiam Urban Fantasy, dlatego słuchałam z pełnym zaangażowaniem. Niestety sala była klimatyzowana (niestety jest tu celowe- bardzo źle znoszę klimatyzację) i to również w tym momencie rozpoczęła się ma choroba, której resztki trzymają się mnie po dziś dzień. W ramach obiadu wraz z Gavranową ekipą poszliśmy do Pyrabaru.

Gdy ja jadłam ziemniory, mnie powoli zaczął zjadać stres. Dzięki agentce Annie Tess Gołębiowskiej miałam bowiem poprowadzić spotkanie autorskie z Anetą Jadowską. Pytania przygotowałam wcześniej, skonsultowałam z groupies Anety, a i tak... 2 pierwsze, które zadałam okazały się failem. Na początek więc udało mi się Anetę zirytować. Później weszłam na temat Rock&Read, który wywołał wiele emocji i nawet łzy. Wiecie co wtedy myślałam? (Wybaczcie słownictwo)
Mam prze*ebane. Najpierw wkurzyłam, a potem doprowadziłam do łez moją ukochaną polską pisarkę. 
Autentycznie tylko to zdanie przewijało się w mojej głowie. Na szczęście później zdarzały się już jedynie wybuchy śmiechu. Uwielbiam Anetę i jej książki, dlatego było mi okropnie głupio, że nie wyszło w 100% idealnie.

Co najzabawniejsze, gdy spotkanie się zakończyło, a ja na miękkich nogach wyszłam z sali usłyszałam, że widać było po mnie, iż ani trochę się nie stresowałam. Ekhm... chyba więc mogę zacząć grywać w pokera.

Wszyscy tacy zachwyceni panelem ;)
Na koniec dnia poszłam na panel pt. Pisarze i Internet, w którym udział wzięli Olga Gromyko, Aneta Jadowska i Marcin Przybyłek. Nie czułam się już wtedy zbyt dobrze, ale to co mówiła p. Gromyko zdecydowanie pobudziło mnie do słuchania. Nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że ta pisarka lubi tak trollować ludzi. Wiecie, że brała udział w konkursach na Fanfiki związane ze swoimi własnymi książkami (oczywiście pod pseudonimem)? Albo, że dyskutowała na temat: co autorka miała na myśli ze swoimi fanami (również incognito)? Nie jestem w stanie przypomnieć sobie więcej przykładów, ale ta kobieta okazała się być równie zabawna, co jej bohaterka Wolha. Po sposobie jej wypowiedzi i po jej historiach w ogóle się nie dziwie, że seria o W.Rednej jest tak mistrzowską komedią. Jak będziecie mieli kiedyś okazję pojechać na spotkanie z p. Gromyko- ruszajcie bo warto! 




<-- O! Tak wyglądałam w sobotę wieczorem.

Dlatego nic chyba w tym dziwnego, że po opisanym panelu zwinęłam się do domu (gdzie wypiłam leki, gorące winko z Margot i położyłam się do łóżka z temp. 38,5).
Niedziela była dniem ciężkim. Zacząć należy od tego, że poszłam na konwent tylko dlatego, że miałam prowadzić spotkanie autorskie z Kubą Ć. Czułam się jak przejechany kot i dodatkowo byłam marudna (jak jestem chora zmieniam się w straszną jędzę). Skoro jednak musiałam się tam pojawić to ruszyłam wcześniej, żeby skorzystać z ostatnich punktów programu. Ubliżając całemu światu poczłapałam na początek na spotkanie autorskie z Olgą Gromyko, która znów ciekawie opowiadała o tym, co robi i czym jest dla niej bycie pisarzem. Stamtąd udałam się do Fotobudki HBO, gdzie wraz z Martyną, a później moją siostrą zaliczyłam mini sesje zdjęciowe, których efekty widzicie po bokach. Wpadłam też do AlterNation, gdzie pokusiłam się o scalenie z moją boską siostrą.
Fuuuuusion! Jahaaa!
Na chwilę wskoczyłam też na wykład Literatura fantastyczna w XXI wieku - czasopisma i portale, które prowadziła redakcja Fantasy & Science Fiction, po czym do spotkania autorskiego z Kubą nie robiłam już praktycznie nic (oprócz oczywiście smarkania, kichania i marudzenia).


Ja wyglądająca jak troll
Taki cudny plakat!
Samo spotkanie autorskie z Jakubem Ćwiekiem było cudowne. Ten człowiek zdecydowanie zdobył mnie już dawno swoim sposobem mówienia i niezwykle charyzmatycznym stylem bycia. Uwielbiam go, dlatego z przyjemnością spędziłam z nim te 50minut na scenie zapominając na chwilę, że mój organizm opanowało jakieś świństwo. A na koniec nawet plakat podpisany dostałam! 

Aby uspokoić emocje poszłyśmy z dziewczynami do Martyny Raduchowskiej na dyżur autografowy, gdzie Martyna i Iza zabawiały nas żartami rodem z komedii klasy C. Krzesło i spektakularna gleba Margot pozostaną w mej pamięci na zawsze. Za rok czekam na wywrotkę ze skórką od banana ;)

Na koniec imprezy zaliczyłam jeszcze świetną prelekcję Anety Jadowskiej o morderczyniach i kawałek panelu o Hannibalu

Ech... szkoda, że już koniec i kolejny Pyrkon dopiero za rok. Było świetnie chociaż choroba popsuła mi lekko humor. 


Ludzie byli cudowni, stoisk ogrom, program wypchany po brzegi i w ogóle dla mnie OCH i ACH.

Uwielbiam tę imprezę i zachęcam wszystkich: jedźcie jeśli możecie!
Troszkę zdjęć:
 






Moje zdobycze:

Wierni Wrogowie- zakup własny na promocji na stoisku Zysk i S-ka
Wyznania łgarza i Chodząc...- wymienione za Pyrfunty wygrane w konkursach
Cudowna czerwona bransoletka Sailor Mars-
prezent od Agu z Funtastyka (robi je na zamówienie!!!)
Benedict-
od Sophie <3
Informator, identyfikator i kostka
pakiet Pyrkonowy :)





Olga Gromyko
Martyna Raduchowska
Anna Kańtoch

Pstryczki dla tych, którzy przeczytali do końca :D

Share this:

,

Komentarze

3 komentarzy:

  1. Sto lat Ci zajęło napisanie tego wpisu! : P


    I kwik, pojawiłam się na zdjęciu, taka sława : D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma siły, nie wiem jak, ale jadę w przyszłym roku na Pyrkon ;)

    OdpowiedzUsuń

Zostaw po sobie ślad, a na pewno go przeczytam! :)

Jeżeli chcesz skomentować, pamiętaj o zachowaniu zasad kultury. Odpowiedzi z wulgaryzmami itp. będę usuwała.