Recenzja: Poirot powrócił! Eeee... albo i nie...

Kocham Agathę Christie i jej książki. Stworzeni przez tę pisarkę Poirot i Pani Marple zawrócili mi w głowie w czasie, gdy byłam szukającą intelektualnej rozrywki nastolatką i aż do teraz są w gronie mych ulubionych postaci literackich. Z zaciekawieniem przyjęłam więc informację, że jakaś kobieta podjęła się osadzenia Małego Belga w wymyślonej przez siebie historii i to na dodatek za zgodą spadkobierców Christie.

Sprawa, w którą zaangażowany zostaje detektyw, zaczyna się dość szybko. Poirot stara się zjeść kolację i wypić swoją ulubioną kawę, gdy do restauracji niespodziewanie wpada roztrzęsiona kobieta. Mężczyzna słysząc od niej dziwne wyznanie proponuje pomoc, lecz ta odrzuca ją i ucieka. Później okazuje się, że tego samego wieczora w jednym hotelu zostają zamordowane w tajemniczych okolicznościach aż trzy osoby. 

Zacząć muszę od tego, iż od początku lektury odniosłam wrażenie, jakbym... nie czytała Agathy. Samo w sobie nie jest to niczym zaskakującym, bo przecież to nie ona jest autorką tej powieści, jednak ja, naiwna, nastawiłam się optymistycznie i liczyłam... no cóż liczyłam najzwyczajniej na przynajmniej częściowe odwzorowanie stylu pani Christie. Odniosę się jednak do konkretnego przykładu. Zmienny narrator. W tej książce w części rozdziałów narratorem jest Edward Catchpool detektyw Scotland Yardu. Oprócz niego mamy jednak również do dyspozycji trzecioosobowego narratora wszechwiedzącego. I tak, jak ten drugi jest okej i spełnia przydzielone mu zadanie (nawet całkiem podobnie jak u Agathy), tak pierwszy wspomniany jest zwyczajnie męczący, gdyż serwuje nam wgląd nie tylko w główną sprawę, lecz również w swoje przemyślenia, wspomnienia oraz (nadszarpniętą rożnymi zdarzeniami z przeszłości) psychikę. Mężczyzna ten a tym bardziej jego traumy z dzieciństwa zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, jakim cudem wylądował on na tym stanowisku, skoro ma problemy sam ze sobą i nie może patrzeć ani na krew, ani na zmarłych. Ogólnie jest to według mnie nieudana kreacja postaci, gdyż ani nie nawiązuje do współpracującego wcześniej z Herkulesem Hastingsa, ani nie wnosi nic nowego i ciekawego od siebie. Na szczęście pozytywnie wybijał się w tym wszystkim Poirot, który zdaje się jako jedyny nie ucierpiał zbytnio na zmianie osoby odpowiedzialnej za jego losy. Mały Belg w znacznym stopniu pozostał tym niezwykle błyskotliwym, inteligentnym mężczyzną o ponadprzeciętnej zdolności łączenia faktów i zadawania odpowiednich pytań. Nawet jego umiłowanie do porządku i lekka chełpliwość oddane zostały w miarę dobrym stylu. 


Podsumowując jeszcze krótko intrygę przyznam, że w moim odczuciu nie była zła. Sam pomysł na jej poprowadzenie i rozwiązanie (mimo iż dłuższe niż u Agathy) przypadł mi raczej do gustu i z pewnością nie prezentuje słabego poziomu. Pojawiły się zawiłości, kłamstwa, wiele różnych dowodów oraz wątków, które utrzymały mnie przy książce aż do rozwiązania sprawy. 

Nie ukrywam, że ostatecznie czuję się jednak zawiedziona. Sophie Hannah rzuciła się moim zdaniem na zbyt głęboką wodę i nie podołała. Jak to mówią, kto nie próbuje nie pije szampana. Szkoda tylko, że Sophie będzie musiała zadowolić się dalej herbatą, bo na bąbelki zdecydowanie nie zasłużyła.

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.


tytuł: Inicjały zbrodni
autor: Sophie Hannah
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
ilość stron: 358
cena: 38,00 zł
premiera: 2014-09-10

Share this:

,

Komentarze