Rozpisz się: Sylwia Błach

O co chodzi: Raz w miesiącu (około drugiego tygodnia) na blogu pojawi się wpis autorstwa pisarza/pisarki, z którego dowiecie się, co on lub ona robi, żeby się rozpisać. Czy to od samego początku, czy właśnie podczas blokady twórczej.


Gościem w tym miesiącu jest pisarka gore: Sylwia Błach. Dziewczyna o wielu talentach, która co rusz zachwyca nie tylko swoimi tekstami, lecz również genialnymi stylizacjami.


Wierzę w ciężką pracę. Natchnienie jest fajne, jednak nie mogę sobie pozwolić na czekanie. Staram się pisać regularnie, codziennie, a nie nagłymi zrywami. Najpierw rzemieślnik, potem artysta.
Staram się trzymać zasady codziennego siadania do komputera i pisania przez około godzinę. Dobra, przyznaję – w okresie wakacyjnym ta zasada legła w gruzach: praca, wyjazdy i inne obowiązki chwilowo zaburzyły mój tryb funkcjonowania. Jednak usilnie próbuję wyrobić w sobie nawyk regularności. Nawet jeśli nie mam pomysłu, staram się napisać cokolwiek. Byle pisać, układać zdania, ćwiczyć.

Nie rozstaję się ze smartphonem. Mam swojego wymarzonego kolosa (tak, jestem okropną gadżeciarą), na którym w każdej chwili mogę odnotowywać wszystkie pomysły. Zwykle są to zdania, które znikąd pojawiły się w mojej głowie. To chyba można nazwać „przypływem weny” - przyjemny i przydatny stan, ale podkreślam: wcale niekonieczny do zawodowego pisania.

Ostatnio zdarza mi się nawet pisać całe teksty na komórce. Nie jest to praktyczne, ale jak już wspomniałam – czasem człowiek nie może sobie pozwolić na twarde godziny pracy. Wtedy korzystam z każdej okazji by coś zanotować. I choć pisanie na telefonie do łatwych nie należy, to zdecydowanie wolę je od taszczenia wszędzie laptopa, który także mam olbrzymi. Na szczęście zdarza mi się rzadko, ale gdy już muszę – polecam korzystanie z google docs albo podobnego systemu. Mamy gwarancję niezgubienia notatek.
Właśnie – w kontekście komputera – ludzie, którzy piszą okazjonalnie, często się z tego śmieją, ale podstawą jest dobra klawiatura. Znam przypadki osób, które rozwaliły sobie dłonie klepiąc na nieergonomicznych (najczęściej: za małych) klawiaturach. Sama to przez chwilę przerabiałam pracując swego czasu w copywritingu. Dłonie są narzędziem pracy pisarza – trzeba je szanować ponad wszystko.

Wierzę w to, że człowiek uczy się całe życie. Czytam artykuły dotyczące pisarstwa, marzę o

profesjonalnym kursie. Lubię eksperymentować z formą, próbować się w rzeczach, które pozornie mi nie leżą. Tak jest z książką, nad którą aktualnie pracuję. Nie jest to do końca „moja branża”, ale doświadczanie czegoś zupełnie innego, trudnego, sprawia mi od groma frajdy.
W codziennym pisaniu najtrudniejsze jest dla mnie pierwsze słowo. Gdy już ręce ułożą się na klawiaturze, a kolejne litery zagoszczą na ekranie – historia sama powstaje. Ten moment, w którym muszę wejść w tryb „pora coś napisać” jest zawsze najtrudniejszy i potrafię go odwlekać w nieskończoność. Oczekiwanie na potrzebę pisania się u mnie nie sprawdza. Ta potrzeba, poczucie, że robię to co kocham, pojawia się dopiero w momencie, gdy mam za sobą pierwsze znaki. Jeśli ktoś ma podobną blokadę jedyne co mogę doradzić to ostre skarcenie siebie w duchu, wyzwanie od najgorszych leni i wzięcie się do roboty. Bo praca sama się nie wykona.
Może to brzmi strasznie, ale jestem typem, który do wielu obowiązków musi się właśnie zmuszać. Nawet jeśli je lubi, to ta faza „tuż przed” jest zawsze najtrudniejsza. To jednak kwestia wypracowania w sobie silnego charakteru. I pomaga też tu regularność, o której wcześniej wspominałam. Najlepiej mieć określone godziny w ciągu dnia, które poświęca się na pisanie i tego się trzymać.

Jeśli chodzi o tworzenie fabuły – należę jeszcze do tego grona, które idzie na spontan. Mam ogólny zarys historii, jednak gdy zaczynam pisać wszystko bierze w łeb i postaci robią to, na co mają ochotę. Wtedy mam wrażenie, że to bohaterowie kierują moimi palcami. Ma to swoją zaletę – fabułę tworzę w szatańskim tempie. Ma też wadę – niejednokrotnie bohaterowie wplątują mi się w takie tarapaty, że tygodniami potem kombinuję jak ich z tego wyciągnąć. Przyspieszam tylko po to, by drastycznie zwolnić.


Dlatego stopniowo przekonuję się do konspektów. Dokładny scenariusz nie odbiera mi frajdy z tworzenia – zawsze można wpleść w niego jakieś nieprzewidziane wydarzenia. Ułatwia jednak planowanie wszystkich twistów i przyspiesza pisanie. Z doświadczenia wiem, że gdy nie mam konspektu, jeden mały spontaniczny twist fabularny potrafi rozwalić całą fabułę i sprawić, że będę tygodniami się męczyć z kilkoma stronami. Na coś takiego można sobie pozwolić jeśli chce się tworzyć wyłącznie dla frajdy.


Ja jednak chcę móc kiedyś nazwać się zawodową pisarką. A wtedy, pracując nad kilkoma tekstami jednocześnie i będąc związanym umowami, człowiek nie może sobie pozwalać na blokady twórcze. Dlatego też bardzo ważna jest higiena pracy – regularność, miejsce w którym lubi się pracować nie będąc rozpraszanymi przez domowników. A poza tym – wakacje, urlop, czas tylko dla siebie. Bo choć jestem typem pracoholika, to nie potrafię wyobrazić sobie, że człowiek może bez reszty poświęcić się tylko jednemu zadaniu. Przez chwilę, może i owszem. Ale kiedyś nastąpi wypalenie. A ja kocham pisać i chcę by ten stan trwał jak najdłużej.


Sylwia Błach
Młoda autorka historii grozy. Zadebiutowała zbiorem opowiadań "Strach", a następnie przyszedł czas na jej pierwszą powieść "Bo śmierć to dopiero początek". Interesuje się literaturą, wampiryzmem, kryminologią, modą i wizażem. W wolnym czasie studiuje informatykę na Politechnice Poznańskiej. Pasjonatka życia. Beznadziejna czarna romantyczka wciąż wierząca w swe marzenia...

Opis zaczerpnięty ze strony: Rozkosze umysłu
Dotychczas wydane książki: lubimyczytac.pl
Wszystkie umieszczone zdjęcia należą do autorki i pochodzą z jej bloga.

Share this:

Komentarze