Rozpisz się: Remigiusz Mróz


O co chodzi: Raz w miesiącu (około drugiego tygodnia) na blogu pojawi się wpis autorstwa pisarza/pisarki, z którego dowiecie się, co on lub ona robi, żeby się rozpisać. Czy to od samego początku, czy właśnie podczas blokady twórczej.

Ten post napisał mężczyzna, którego zaczęłam uwielbiać dość niedawno. Znany z powieści, które człowieka pochłaniają dosłownie od pierwszej strony. Przed Państwem: Remigiusz Mróz, któremu od razy ponownie dziękuję za udział w mojej akcji.


Zdarza się czasem, że ktoś zapyta mnie, w jaki sposób piszę dziennie tyle, ile piszę. Zazwyczaj niespecjalnie wiem, co odpowiedzieć, bo przesadnie się nad tym nie zastanawiam. W końcu rozważanie codziennej, monotonnej rutyny mogłoby być dojmujące. I może w tym tkwi sedno.
Pisanie to robota jak każda inna. Trzeba ją zacząć rano, a skończyć popołudniu lub wieczorem. Czasem w nocy. Czasem dopiero następnego dnia. Albo jeszcze następnego… albo dopiero, kiedy przyjdzie czas na urlop. Ale właściwie urlopu nie ma, więc…
To robota na pełny etat, przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Wprost idealna dla pracoholików.

A jak to wygląda w moim przypadku? Zaczynam pisać codziennie rano, bez wymówek, bez czekania na statki kosmiczne, muzę, natchnienie, czy inne wytwory ludzkiej inwencji. Pracuję do czternastej, potem wychodzę na półtoragodzinny bieg i robię twardy reset umysłu. Po powrocie jem obiad, oglądam dobry serial i znów siadam do roboty. Kończę o 23.30, biorąc do ręki książkę i zanurzając się w świecie, który przygotował dla mnie ktoś inny.

Systematyka jest kluczem, a upór wytrychem – wytrychem, którego używam, kiedy zamkną się przede mną drzwi dalszego rozwoju fabuły. Dzięki niemu sforsowanie ich zazwyczaj zajmuje tylko chwilę i nie jest niczym strasznym.

Ale te trzysta sześćdziesiąt pięć dni brzmi jak przesada, prawda? A jednak w pisaniu chodzi o to, by przesada stanowiła normę. Czytać trzeba z przesadą. Redagować trzeba z przesadą. Uczyć się trzeba z przesadą… i w końcu pisać trzeba również z przesadą.

W ostatnią Wigilię redagowałem bodajże Kasację. Na Wielkanoc kończyłem pisać inną książkę. W trakcie procesu twórczego jeden dzień nieróbstwa jest jak eksplozja bomby wodorowej na żyznym polu – autorowi wydaje się, że nagle wszystko zmienia się w jałowe pustkowie.

To złudne, ale kluczowe poczucie. Dzięki niemu nie trzeba w pocie czoła pracować nad swoją determinacją – pojawia się ona niejako samoczynnie, kiedy naprawdę zależy nam na naszej pracy. A wówczas doba zyskuje co najmniej kilka dodatkowych godzin…

Remigiusz Mróz
Kim jestem? Zwyczajnym facetem, który dziennie musi napisać 10-15 stron i tygodniowo wybiegać jakieś 80km, by czuć się komfortowo.
Jaki mam modus operandi? Wstaję rano, robię yerbę, a potem czytam wszystko to, co napisałem zeszłego dnia (i staram się poprawić, by miało ręce i nogi). Po tej codziennej katordze zasiadam do pisania, wchodzę do innego świata i wynurzam się z niego po kilku godzinach. Potem oczyszczam umysł biegając po lesie i słuchając mocnych brzmień. Pizza z orkiszu na obiad, po czym powrót do pisania. Kończę zazwyczaj o 23:30, by zasiąść wygodnie w fotelu z dobrą książką i się zrelaksować.
A co więcej?
Pierwsze otwarcie ślepi nastąpiło 15 stycznia 1987 r. w Opolu. Początkowo było pięknie – piłka toczyła się po betonowym boisku, kolana zdzierały się w tempie zastraszającym, a po lekcjach polsaty i tvny serwowały najlepsze amerykańskie seriale z późnych lat osiemdziesiątych.
Później było tylko lepiej – nieśmiertelne głosy lektorskie czytały dialogi z seriali kręconych już w latach dziewięćdziesiątych, a Opole rozwijało się i kwitło, uparcie uważając, że powinno być miastem wojewódzkim (słusznie!). Delikwent, o którym mowa, ukończył I Liceum Ogólnokształcące w tejże pięknej mieścinie, po czym udał się na emigrację do krainy, w której dumnie narzucił na siebie płaszcz słoika – choć może wówczas to pojęcie jeszcze nie istniało, albo nie było tak chodliwe. Stolica przygarnęła go i potraktowała czule, wskutek czego zapałał uczuciem do miasta, gdzie Hitler i Stalin (tudzież szwedzki Karol Gustaw i inni) zrobili co swoje.
Skończywszy studia administracyjne na Akademii Leona Koźmińskiego, postanowił, że mu mało. Nie wiedzieć dlaczego ani skąd, powstał bliżej nieokreślony deficyt, który przekuł się na kolejne studia i doktorat.
Obecnie rezyduje w niewielkiej miejscowości pod Opolem, której nazwa wykuta została we współczesnym kamieniu w języku polskim i niemieckim. Cierpi na permanentny writing blitz, skutkiem którego jest 30 ukończonych powieści, a kolejne dobijają się z podświadomości… dobijają… i dobijają…

Opis pobrany z oficjalnej strony autora.
Dotychczas wydane książki zestawione na LC.

Share this:

Komentarze