Czasem się nad sobą użalam

Mam takie dni, gdy wszystko widzę w najgorszych możliwych barwach.
Kładę się wtedy na łóżku, w zasięgu rąk leży pudełko chusteczek, a ja zaczynam:


Na scenie w rolach głównych:
1. SAMOOCENA
Bo oczywiście się sobie nie podobam. Bo włosy, bo cera, bo figura, bo znów jem niezdrowo.
Ale przecież to nie moja wina! To czynniki zewnętrzne, to geny, to przez to, że jestem chora. Och ja biedna.

2. PRACA
Bo przecież wybrałam najgorsze możliwe studia, które mi nic nie dały i nie pomagają mi w znalezieniu dobrze płatnej pracy. Bo mimo, że robię to, co chcę i lubię, nie dogaduję się z ludźmi. Nigdy nie jestem w 100% pewna swoich działań. Szybko ulegam mocniejszym charakterom. Nie umiem się wykłócić o swoje. I w ogóle jestem przecież taka niezrozumiana.

3. RELACJE PRYWATNE
Zawsze się znajdzie powód do płaczu! Albo zbyt mało czasu poświęcam rodzinie i bliskim, albo... oni zbyt mało myślą o mnie. Czuję się taka samotna. Tak. Ta samotność zjada mnie od środka, niczym kornik wysuszone drewno. O właśnie! Najlepiej, jak do mojego prywatnego Festiwalu żalu i smutku dorzucę jeszcze literackie porównanie (nikt przecież nie oceni jego jakości).

4. PRZYSZŁOŚĆ
Przecież ja już przegrałam życie. Mam 27 lat i...  już koniec. Nic nie osiągnęłam, wszystko straciłam. Nie wiem, co chcę robić, do czego się nadaję. Nie ma sensu tu, nie ma sensu tam. Nikogo nie będę miała, nie założę rodziny, nie będę podróżowała, nie będę robiła tego co kocham (nieistotne, że nie umiem sprecyzować, co miałoby to być).

***
Tak mijają mi 2 -3 godziny. Łóżko mokre, poduszki zasmarkane (A.! Zawsze je piorę zanim przyjedziesz!), a głowa boli od morza wylanych łez. I wiecie co?



Nie czuję już takiego przytłoczenia. Na sercu nagle robi się lżej. Za oknem tak jakoś jaśniej. Mama dzwoni. W zasięgu wzroku pojawia się książka, którą od dawna planowałam przeczytać. Przypomina mi się, że w lodówce mam ukochane korniszony z Lidla.

Nie wiem czy działa to tak u wszystkich, ale jednak wypłakanie się i poużalanie nad sobą w moim przypadku powoduje, że wyrzucam z siebie to, co mnie męczy. Jestem później bardziej zadowolona, mocniej stoję na nogach i nagle wszystko, nabiera żywszych kolorów.
Każdy z problemów staje się śmieszny.
A pudełko chusteczek znika ze stołu... do następnego Festiwalu.

Share this:

Komentarze

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw po sobie ślad, a na pewno go przeczytam! :)

Jeżeli chcesz skomentować, pamiętaj o zachowaniu zasad kultury. Odpowiedzi z wulgaryzmami itp. będę usuwała.