Historie na ciele zapisane

Z natury jestem cykorem. Mam niski próg bólu, nie lubię sportów ekstremalnych, a gdy mam iść w nocy przez park to dostaję dreszczy z przerażenia. Ogólnie jestem raczej ostatnią osobą, która zasugerowałaby rozrywkę w stylu HydePark, czy podchody w środku nocy.

A jednak doszłam w życiu do takiego momentu, gdy zdecydowałam się zrobić sobie tatuaż. W sumie na ten obecnie mam już dwa, ale warto może zacząć od początku.

Znacie te programy w stylu LA Ink albo Bad Ink? Wiecie takie, gdzie przychodzi człowiek do salonu prosi o tatuaż psa/dziecka/datę i opowiada głęboką i ckliwą historię o tym, jakie ma to dla niego znaczenie. Zazwyczaj lekko się z tych ludzi nabijałam (no co? i tak ich w życiu nie spotkam!), zwłaszcza, że mam znajomych posiadających rysunki na ciele i wielu z nich ma je, bo tak. Nie mają one wielkich interpretacji ani specjalnego dodatkowego znaczenia. Kto mógł przypuszczać, że sama będę przykładem osoby posiadającej tatuaże "z dopisaną historią".

Zaczęło się od... fascynacji Sailor Moon. Jakoś tak wychodzi, że wiele moich decyzji rozpoczyna się właśnie od niej. Przez Czarodziejki zainteresowałam się kosmosem i astronomią. Później przyszła pora na horoskopy, ezoterykę i ogólnie szarlatanerię wszelaką. Nie macie pojęcia, ile ja tego w czasach szkolnych przerobiłam. Kamienie, żywioły, anioły i wszystko inne. Z wiekiem jednak została mi po tej fazie wyłącznie fascynacja nieboskłonem i tendencja do pytania ludzi o ich znak zodiaku.

Tak wpadłam na pierwszy pomysł. Bardzo chciałam mieć na sobie coś, co związane byłoby z kosmosem. Koziorożec nie miał jednak niestety zbyt wielu ciekawych i nierozbudowanych wzorów (cykor pamiętacie? Dziara na pół pleców opadała z miejsca!), więc dosyć szybko opcja z konstelacją poszła w odstawkę. Nie chciałam mieć też na sobie głowy kozła, bo jakoś nie przemawiało to do mnie (Mee?). Co jednak dalej jest związane z moją datą urodzin i kosmosem? SATURN.
Równocześnie Sailor Saturn była zawsze moją ukochaną sailorką. Wzoru szukałam około 6 miesięcy, aż padło na znaleziony na Pintereście układ planetarny z wpisanym znakiem saturna. Trzeba było jeszcze tylko wybrać miejsce na ciele i studio, któremu zaufam. O dziwo z obydwoma rzeczami poszło bardzo szybko. Ponieważ, zawsze obawiam się, że moje szalone pomysły utrudnią mi życie zawodowe tatuaż zaplanowałam na kręgosłupie. W takim miejscu, że nie jest on widoczny dla innych na co dzień, więc nie wywołuje pytań ani nie wzbudza niechęci. Studio Flash Tattoo z kolei wygooglałam po opiniach.
jedyne foto jakie mam xD
I zrobiłam.
Sami nie wiecie, jak bardzo byłam zszokowana, że poszło mi to tak szybko. Fakt - stresowałam się, jak cholera siadając na fotelu, ale była ze mną przyjaciółka i sama jej obecność sporo mi dała, plus chłopak, który mnie tatuował był ogromnie sympatyczny i miły dla oka (post o tym, że lubimy, gdy mamy do czynienia z ładnymi ludźmi - wkrótce).
Z konkretów powiem jeszcze, że mnie akurat sam proces nie bolał. Jest to chyba standardowe pytanie jeśli chodzi o tatuaż - "Czy bolało?". Ogólnie jak dla mnie było to masochistycznie przyjemne. Plus w tle leciała przyjemna muzyczka, więc prawie zasnęłam na fotelu.

A po 6 miesiącach wróciłam do tego samego studio z kolejnym wzorem. Tym razem był to napis. Ponownie tatuował mnie Krzysiek i ponownie cieszyłam (i cieszę się), jak dziecko, że się zdecydowałam. Obecnie jestem na etapie mycia co kilka godzin i smarowania (bo o te cudne rysunki trzeba przez jakiś czas szczególnie dbać) mojej nowej radości.

Tym razem ponownie tatuaż ma dla mnie znaczenie symboliczne. "Inhale - Exhale" jako przypomnienie, że trzeba łapać dystans i czasami głęboki oddech pomaga się uspokoić nawet w ciężkiej sytuacji. Nawet miejsce jest celowe - chce móc to zawsze widzieć, gdyż zdarza mi się dać się ponieść emocjom, a może akurat takie małe hasło pomoże mi szybciej odzyskać spokój.

Zdaje sobie sprawę, że dla wielu może to być głupota- celowe ranienie się i robienie na sobie wzorków, obrazków lub napisów. Dla mnie decyzja o tatuażach jest jednak sporym krokiem. Krokiem w stronę spełniania marzeń. Krokiem w stronę udowodnienia sobie, że sama o sobie decyduję i moje zadowolenie jest ważne i muszę o nie dbać. Niewiele więc sobie robię z negatywnych komentarzy, czy krzywych spojrzeń osób postronnych.
Życzę Wam, by każdy z Was znalazł na siebie taką metodę, która sprawi, że poczujecie się pewniejsi siebie i zwyczajnie szczęśliwsi :)
Super sprawa!
A przy okazji: moja przyjaciółka odkryła, że dla niej drogą do radości jest Snowboard, więc jeśli macie ochotę poczytać o tym, jak to jest rozpocząć swoją przygodę z tym sportem wbijajcie na Kreuję Rzeczywistość.

***
Linki znów poukrywane w tekście ;)

Share this:

Komentarze

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw po sobie ślad, a na pewno go przeczytam! :)

Jeżeli chcesz skomentować, pamiętaj o zachowaniu zasad kultury. Odpowiedzi z wulgaryzmami itp. będę usuwała.