Uwłaczające imprezy dla singielki


Dobra wkurzyłam się. Serio.
Od pewnego czasu nie jestem w związku. No bywa. Nie ja jedyna na świecie jestem obecnie singlem.

Ale wiecie co? Są ludzie, którzy ewidentnie mają z tym problem. W moim przypadku jest to:
RODZINA.

Znacie tę sytuację, gdy zaplanowana jest duża impreza w rodzinnym gronie? Wiecie: sala, jedzenie, parkiet, disco-polo/ śląskie hity taneczne? Jeśli nie - to macie szczęście. Ja jestem jedną z tych, co takie spotkania i potańcówki (ktoś jeszcze używa tego słowa? ;)) ma co jakiś czas i... kiepsko odbierany jest fakt, gdy przyjedzie się na nie samemu.

No i tu pojawia się problem.
Bo ja nie mam kogo wziąć. To znaczy, może bym miała ale nie sprawia mi przyjemności wypytywanie znanych mi chłopaków o to czy może przypadkiem mieliby chęć pójść ze mną. Okej. To jest wręcz dla mnie uwłaczające. Co ciekawe - zauważyłam, że w przypadku jakichkolwiek innych wyjść proszonych nikt nigdy nie naciska na mnie, że mam kogoś ze sobą wziąć, żeby się dobrze bawić. Nie rozumiem tego, ale tak jest.

Może jestem dziwna, ale jakoś zakodowane mam, że co innego zgadać się z bliskim znajomym (zna się takowego ileś lat, zaliczyło wspólnie nie jedną imprezę i ma się jakieś ustalone relacje), a co innego w momencie, gdy kończą się opcje szukać na siłę kogoś, żeby tylko rodzina dała Ci spokój. A uwierzcie - spokoju dać nie chcą.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest post desperatki szukającej w ten sposób partnera. Bardziej notka na zasadzie - "Jestem zła, że ktoś mnie zmusza do tego, żebym z kimś przyszła i muszę dać upust emocjom". Ja się czuje wyśmienicie. Wiem, że potrafię się bawić z siostrą i jej facetem, kuzynkami, ciotkami i tak dalej. Nie potrzebuję partnera tylko po to, żeby był. Żeby wyglądał. Fakt jest to przyjemne, gdy się ma świadomość, że jednak ktoś zawsze z tobą zatańczy, jednak nie jest to dla mnie obligatoryjny element wyjścia. Niestety nie każdy to rozumie.

Atak związany z byciem samemu nie występuje jednak wyłącznie w przypadku imprez. Pojawia się on również przy jakichkolwiek innych spotkaniach z rodziną. Tysiące pytań o to, kiedy ślub, jak planuje mieć dzieci skoro nie mam nawet faceta (no straszne!). Czas mija, wszyscy są zajęci (tak, wszyscy faceci na całej ziemi). Wkrótce zostaną Ci tylko rozwodnicy albo faceci z syndromem Piotrusia Pana (akurat lubię tę bajkę...). Aż się wzdrygam na samą myśl o tych wszystkich rozmowach i w moim odczuciu całkowicie idiotycznych argumentach.

Singlem jestem od niedawna i jakoś nic z tego nowego trybu życia nie dało mi się szczególnie we znaki, jak właśnie takie rozmowy z członkami rodziny. Dla porównania: w październiku idę na ślub mojej przyjaciółki i tam również otrzymałam zaproszenie z osobą towarzyszącą. Różnica jednak jest taka, iż w przypadku tej imprezy wiem i jest to podkreślane wręcz, że nic się nie stanie jeśli przyjdę sama. Nikt ode mnie nie oczekuje, że wkroczę opierając się na silnym męskim ramieniu, bo przecież bez niego nie będę się dobrze bawiła. Czy nie powinno tak być w każdej sytuacji?

Tak ja wiem. To jest #firstworldproblem i lekki attention whoring, ale może nie tylko ja mam takie problemy?
Jestem ogromnie ciekawa, czy ktoś z Was ma również takie sytuacje i jak sobie z nimi radzi.
Dajcie znać.
Przy okazji - wspaniałego piątku i cudownego weekendu!

Share this:

Komentarze

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw po sobie ślad, a na pewno go przeczytam! :)

Jeżeli chcesz skomentować, pamiętaj o zachowaniu zasad kultury. Odpowiedzi z wulgaryzmami itp. będę usuwała.